EV w zimie, to nie są fajne rzeczy.
Elektryczny świat i zgrabiałe ręce
Tym się jeszcze nie chwaliłem, bo nie ma w sumie czym, ale w zeszłym roku spełniłem swoje marzenie (a raczej zrealizowałem postanowienie), że kolejne moje auto będzie elektryczne. W pełni. I o ile do tej pory nie zdarzyło mi się tego wyboru żałować – ekonomicznie jest uzasadniony, o tyle że ładowania realizuję z nadwyżki produkcji na swojej domowej fotowoltaice, a jako że jestem rozliczany jeszcze w starym modelu, to naprawdę bardzo trudno jest doprowadzić mi do sytuacji, w której płacę za prąd i ładowanie.Chyba że trzeba gdzieś jechać dalej albo cóż, zima.
Tak sobie to piszę zgrabiałą z zimna ręką, stojąc przy ładowarce Lidla. Będzie już z godzina, a końca nie widać. Bo choć moje auto umie w szybkie ładowanie (nawet 120 kW), to Lidl i wszystko, co mi wbudowana mapa ładowarek pokazała, to max 60 kW. Więc albo długie zakupy, albo stanie i marznięcie w aucie, bo na jednym ładowaniu nie oblecę 400 km w zimie i to jest fakt. Nawet 360 nie. Myślę, że tak bezpiecznie to 250 km.
Trzeba o tym mówić głośno. Bo o ile konsumuję wszystkie zalety tego auta, to i muszę wziąć na klatę wszystkie wady. A to są wady.
Stresik rośnie, kWh ubywa
Jeśli masz napięty grafik dnia, nieznany teren, pierwsza stacja nie działa, w drugiej apka nie chce Twojej karty, w trzeciej ktoś 25-letnią Corsą zajął Ci spot ładowania, to plan dnia się sypie, a stresik rośnie. Nie jest to tak, że podjeżdżasz byle gdzie i masz za 15 minut pełno i 700 km zasięgu. Masz 2h z głowy i 300 km zasięgu. Syn nie poszedł na trening, ale pcham już w ten akumulator.
Natywna mapa po zaznaczeniu stacji zaczyna podgrzewać baterię, więc to jest przewaga nad Google Maps, które mają świetne dane dotyczące wolnych slotów, ale nie udało mi się jeszcze zmusić ich do uruchamiania kondycjonowania. No, te apki do ładowania to też upierdliwa opcja, choć Lidl – mimo że wolny – to mile zaskoczył, bo wziął 200 zł z karty i bez ceregieli ładuje w opór. Nie ma póki co zbyt gęsto sieci szybszych ładowarek, więc w drodze powrotnej czeka nas pewnie jeszcze jedna taka akcja.
Więc zupełnie szczerze, bo psychofanów nie brakuje, stronniczych opisów i hype’u też: zwykłe elektryczne auto w miastach, gdzie ma przywileje (jazda buspasami, wjazd do centrum, darmowe parkingi i dobra sieć szybkich, tanich ładowarek), do tego zapas PV na dachu i darmowy prąd – taki układ rekompensuje ten cały pain in the ass z wyjazdami i ładowaniami w terenie.
Jazda jest tutaj z innej pozycji, trzeba ją planować i ogarniać. Chyba że bez przystanku masz max 60 km, jak ja. Jest cieplutko, ładnie, cichutko i nowocześnie, ale bez spalinowego core wozu w rodzinie bym się raczej nie wygłupiał... No, na wakacje się jedzie ze dwa dni. Jak z tatą w PRL.
PS: Nie wiem, czy pisałem o pierdololo z apkami do ładowania, ale trzeba ich mieć co najmniej kilka, jeśli dużo chcesz ładować na mieście... Konfiguracja karty płatniczej w takiej apce przy -15 stopniach na stacji to średnia zabawa.

Komentarze
Prześlij komentarz