Film który robi wrrumm wrrrrumm
„F1” jest jednym z niewielu filmów, które w tym roku (2025) sprawiły mi dużą przyjemność – zarówno wizualną, jak i muzyczną. Historia jest prosta jak budowa cepa. W dodatku powielana od czasów „Days of Thunder” bez litości, nawet przez tę samą ekipę.
Mamy tu świetne zdjęcia, muzykę i napięcie budowane w konsekwentny sposób. Nawet dla kogoś, kto zupełnie nie interesuje się tym sportem, jest naprawdę nieźle. Mamy nienachalny romans dojrzałych ludzi, którzy mają za sobą nieudane związki i połamane życia – a wszystko dlatego, że wybrali podążanie na przekór wszystkiemu za swoimi marzeniami i ideałami.
To dowód na to, że jeśli tylko na czymś bardzo ci zależy, nie idziesz na ustępstwa i przeżyjesz zmaterializowane ryzyka (w tym wypadku serię gigantycznych i niebezpiecznych wypadków), to osiągasz mistrzostwo i spełnienie. Mamy niepokorną, bezczelną, wszystko wiedzącą młodość kontra doświadczenie, wiedza i opanowanie. Zderzenie tych dwóch światów przy prędkościach w okolicy 300 km/h robi wrażenie.
To nie jest europejskie kino moralnego niepokoju z dramatyczną sekwencją zdarzeń, gdzie od początku do końca czeka nas udręka. To kawał dobrej rozrywki na odreagowanie i przejście z układem współczulnym w „zdrowy stres”. Kilka momentów robi duże wrażenie pod względem realizacji. Do niedawna Apple TV skupiało się raczej na rozmachu produkcji serialowych, a tutaj już nikt nie ukrywa, gdzie leży przyszłość kina i wytwórni filmowych.
Fajne, naprawdę.
Komentarze
Prześlij komentarz